Kiedy świat pędzi, a ty stoisz. O dysocjacji i życiu w trybie przetrwania
- Gosia Karwot
- 20 lut
- 2 minut(y) czytania
Są momenty, w których wszystko wokół jakby przyspiesza.
Ludzie coś mówią. Sprawy się toczą. Czas płynie.
A ty czujesz, jakbyś stał obok.
Słyszysz. Widzisz. Reagujesz.
Ale jakby nie do końca w sobie.
Obraz bywa lekko zamazany. Ciało jakby mniej twoje. Emocje przytłumione albo przeciwnie – zbyt dalekie, by naprawdę je poczuć. Pojawia się wrażenie oderwania. I często myślimy wtedy: „chyba jestem zmęczona”, „może przesadzam”, „innym jest gorzej”.
Czasem to nie jest zmęczenie.
Czasem to dysocjacja.
Czym właściwie jest dysocjacja?
Dysocjacja to mechanizm ochronny układu nerwowego.
Nie zaburzenie. Nie „dziwactwo”. Nie słabość.
To sposób, w jaki organizm radzi sobie z przeciążeniem.
Kiedy jest za dużo napięcia, za dużo bólu, za dużo odpowiedzialności, za dużo emocji – nasz system może zdecydować: „odłączam”.
Nie po to, żeby cię skrzywdzić.
Po to, żebyś przetrwał.
Problem zaczyna się wtedy, gdy ten tryb przetrwania zostaje z nami na stałe.
Jak to może wyglądać w codziennym życiu?
Nie zawsze spektakularnie. Często bardzo subtelnie.
• poczucie bycia „obok siebie”
• trudność w odczuwaniu radości
• wrażenie, że coś się dzieje, ale nie do końca ciebie dotyczy
• automatyczne funkcjonowanie – praca, obowiązki, rozmowy – bez głębszego przeżycia
• wrażenie pustki mimo pozornej stabilności
Można tak funkcjonować latami.
Z zewnątrz wszystko wygląda w porządku.
Tylko w środku jest ciszej niż powinno.
Przetrwanie a przeżywanie
Człowiek potrafi bardzo dużo znieść.
Potrafi pracować, wychowywać dzieci, budować relacje i spełniać oczekiwania, będąc jednocześnie w trybie przetrwania.
Ale przetrwanie to nie to samo co życie.
W przetrwaniu minimalizujemy ból.
W życiu dopuszczamy również radość.
W przetrwaniu reagujemy.
W życiu wybieramy.
W przetrwaniu jesteśmy obecni ciałem.
W życiu jesteśmy obecni sobą.
To subtelna różnica. Ale fundamentalna.
Dlaczego odcinamy się od siebie?
Często nie dlatego, że jesteśmy „za słabi”.
Raczej dlatego, że kiedyś musieliśmy być za silni.
Może nie było przestrzeni na emocje.
Może trzeba było szybko dorosnąć.
Może było za dużo napięcia w domu.
Może nikt nie pomagał regulować trudnych stanów.
Układ nerwowy zapamiętuje przeciążenie.
A potem w dorosłości reaguje szybciej niż świadoma część nas.
Dysocjacja to często ślad dawnego „za dużo”.
Czy można z tego wyjść?
Tak. Ale nie przez zmuszanie się do „czucia bardziej”.
Powrót do siebie zaczyna się od bezpieczeństwa.
Nie od analizowania przeszłości na siłę.
Nie od rozbijania wszystkiego, co znane.
Nie od radykalnych decyzji.
Zaczyna się od bardzo prostych rzeczy:
• zauważenia ciała
• zatrzymania się na chwilę
• sprawdzenia: co teraz czuję naprawdę
• kontaktu z kimś, przy kim nie trzeba udawać
Czasem potrzebna jest psychoterapia.
Czasem wystarczy uważność i łagodność wobec siebie.
Zawsze potrzebna jest cierpliwość.
Bo to, co kiedyś miało cię ochronić, nie zniknie na komendę.
Jeśli czytasz ten tekst i myślisz: „to o mnie” –
to nie znaczy, że coś jest z tobą nie tak.
To może znaczyć, że kiedyś było za dużo.
Dysocjacja nie jest twoją tożsamością.
Jest strategią.
A strategie można zrozumieć.
A to, co rozumiane, przestaje być wrogiem.
Na końcu warto zadać sobie jedno pytanie:
Czy ja żyję, czy tylko chcę przetrwać?
I jeśli odpowiedź nie jest oczywista – to może właśnie tam zaczyna się droga powrotu do siebie.



Komentarze